Echa marszu 11.11.11 powoli cichną, a tym samym opadają emocje. Głównie emocje negatywne, których marsz nigdy nie powinien wywoływać, a wywołał. Zatem czas wysunąć wnioski. Nad pozytywnymi oraz negatywnymi aspektami marszu, przede wszystkim powinna pochylić się prawica. Wydarzenia ubiegłego piątku pokazały, jak łatwo zafałszować treść terminu patriotyzm i jak trudno obronić jego znaczenie przez atakami lewackich organizacji. Lewica jawi się bardzo wyraziście. Walczy o pokój, równość i braterstwo, nie akceptuje wykluczenia jakichkolowiek grup społecznych oraz przemocy (okazało się jednak, że od przemocy nie stroni). Ta dobroduszność lewicy jest jednak fasadą, za którą kryją się dążenia do komunizacji życia społecznego.
A co z wizerunkiem prawicy? Tu zaczynają się schody. Organizatorzy marszu oraz jego sympatycy, aby bronić jego idei muszą uciekać się do argumentów historycznych. Jest to całkowicie zrozumiałe, ponieważ 11 listopada to rocznica wydarzenia historycznego, lecz jednocześnie dość odległego dla współczesnej młodzieży sympatyzującej z lewicą. Brak zrozumienia dla zachowania ciągłości historycznej, jako warunku sine qua non istnienia państwa, stwarza przekonanie, że ideologia parwicowa zawsze skutkuje rozbudzeniem ducha faszyzmu. Nie mówi się już nawet o nacjonaliźmie, który nie jest tak medialny jak faszyzm.
Środowiska prawicowe będą musiały zweryfikować swój przekaz społeczno-medialny. Jest to konieczne, aby przekonać tę „nierozumiejącą” pewnych procesów część społęczeństwa, że celem działań prawicy jest budowanie silnego państwa polskiego, odpornego na zewnętrzne zagrożenia, nie tyle militarne co gospodarcze i polityczne. Przykładem może być próba federalizacji UE, jako panaceum na rozchwiany, zglobalizowany europejski rynek. Należy przy tym pamiętać, że naród nie jest ideologicznym monolitem i narzucanie wszystkim konieczności odczuwania patriotyzmu w identyczny sposób jest sporym błędem, uławtiającym przyklejenie prawicy faszystowskiej gęby.
Marsz 11 listopada, pomimo nieudanej próby przebicia się w reżimowych mediach, ma szalenie ważną zaletę. Wywołuje dyskusję o patriotyźmie, o potrzebie narodowego zjednoczenia się (nie w sensie lewicowym) we wspólnym działaniu dla dobra ojczyzny, a nie li wyłącznie na rzecz „surowego”, technoktarycznego państwa. Sukces nadejdzie z dniem, w którym uda się podkopać korzenie lewicowej propagandzie, hołdującej kolektywizacji myśli i zachowań, próbującej imputować, że głupi i madrzy są równi, ponieważ łączy ich fakt posiadania takiego samego mózgu.